Schody

W końcu gdy rehabilitanci zobaczyli, że prę do przodu jak czołg zaczęli stawiać mi poprzeczkę odpowiednio wysoko.

Przyszła kolej na schody. Hm schody. Niesamowite wyzwanie. Gdybym mogła pokonać 4 schodki to w weekendy gdy jadę do domu mogłabym sama do niego wchodzić, Misiaczek nie musiałby mnie wnosić. Gdybym mogła pokonać kilkanaście schodów w końcu weszłabym do naszej sypialni …. Tak cel już mam. Warto podjąć wysiłek. Ale chodzenie po schodach podobno jest trudne.

„To co? może dziś schody?” pytam mojego rehabilitanta. „Ok” Upsss, po chwili pożałowałam decyzji. Myślałam, że dojde do schodów bezpiecznie:) z balkonikiem, a tu niespodzianka, dostałam kulę. Cholera jak się z tym chodzi. Bardziej mi przeszkadza niż pomaga. Poza tym psychika mówi STOP. Dotychczas  przede mną coś jechało, a teraz mam przed sobą przestrzeń – dziwnie. Boję się, że powiew wiatru mnie przewróci. ok, może nie wiatru, bo przecież jesteśmy w budynku. Powiew przechodzącej obok mnie osoby.  Nie! nie dam rady iść z jedną kulą. Druga ręka też szuka oparcia, zaworu bezpieczeństwa. Ok. Mam. Stajemy przed schodami. Rehabilitant tłumaczy technikę.

– Rozumiesz?

– Rozumiem

– No to zaczynaj.

Pierwszy schodek był najtrudniejszy. Na poczatku wykonujesz wszystko powoli. Z namaszczeniem. Noga na schodek. Teraz trzeba podciągnąć tą drugą nogę. Trudne, ale na szczęście nic mnie nie boli. Te schody sa jakieś wyjątkowo strome i długie. Przynajmniej teraz, gdy na nie patrzę z dołu. Zmiana wysokości, utrzymanie równowagi, właściwej pozycji ciała. Wszystko się udało. Jestem na górze.

– Dobrze, a teraz wytłumaczę Tobie jak sie schodzi. Odpocznij i zejdziesz na dół.- mówi rehabilitant.

Chwila regeneracji, zebrania się w sobie.

-Dobra, idziemy! – mówię odważnie. Skoro weszłam to logiczne jest, że zejdę!

Okazuje się, że dla mnie jest to ta trudniejsza część. Przeniesienie ciężaru ciała na schodek niżej wzbudza emocje podobne to skoku w przepaść. Nie podoba mi się ta metoda, którą pokazał mi rehabilitant. Uważam, że mam lepszy sposób na pokonanie schodów z kulą.

– To spróbuj po swojemu! – uzyskuję pozwolenie.

Ups, spróbowałam i o mało co bym nie spadła. Przekonałam się na własnej skórze, dlaczego metoda rehabilitanta jest lepsza. Ale dobrze, że pozwolił mi na eksperyment z inną, bo dzięki jego asekuracji nie spadłam. A tak czy tak bym ją wypróbowała – bo przecież tylko metody empirycznie sprawdzone są dobre :), więc z dwojga złego lepiej pod fachowym okiem.

Wracamy do sali. Jakoś to chodzenie z kulą mi nie idzie…. Pewnie potrzebuję jeszcze czasu.

Czas, czas, czas. Następnego dnia rehabilitant znów proponuje schody. Wychodzimy z sali, zatrzymują go studenci, prosi, zebym zaczekała. Logiczne prawda?  upadnę, złamię sobie nogę? i co z dalsza rehabilitacją?

Logiczne. Ale nie dla mnie. W końcu mam spokój. Korytarz jest pusty. Nikt nie stoi przy mnie, nie poprawia, mogę sama spróbować. Ach, raz się żyje. Będę ostrożna. Ruszam powoli sama. Hm, idzie mi o wiele lepiej niż wczoraj. Przy schodach dogania mnie rehabilitant. I dobrze. Sama nie odważyłabym się wejść na schody. Dziś chodzę po schodach bez kuli. Jakoś mi tak łatwiej. Super będę mogła w sobotę wejść sama do domu. Znów jestem szczęśliwa.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: