Mail czy list?

Dzisiejszy dzień był beznadziejny. Obudziłam się wcześniej niż zwykle, ból ucha z którym zasypiałam wieczorem zamiast minąć zwiększył się, pojawiła się wizja przyjęcia kolejnego antybiotyku tej jesieni i zamknięcia się w domu na najbliższe kilka miesięcy z powodu zerowej odporności… a jednak zdarzyło się coś, co wywołało uśmiech na mojej obolałej twarzy i zbudziło uczucie nostalgii.
Kiedyś … hm, zacznijmy od dziś.
Dziś ludzie komunikują się ze sobą bez większych problemów. Wypowiadają tysiące słów przez telefon komórkowy, z radością wykorzystując setki darmowych minut. Wysyłają smsy, albo takie emaile. Człowiek stuka w klawiaturę, klika wyślij, po chwili dostaje potwierdzenie odebrania wiadomości i odpowiedź. Baaa, dla zniecierpliowionych, którzy nie chcą czekać tych kilku minut, czy godzin (bo przecież, odbiorca nie musi właśnie siedzieć przy komputerze, ani posiadać smartfona z łeb niejadkiem) powstały komunikatory internetowe, albo taki FB. Wchodzisz, a tam odbiorca świeci się na zielono, znaczy jest obecny. Klikasz na okno rozmowy i dawaj, rozmawiacie – pisząc i czytając. Jeśli w ogóle macie rozmawiać, bo przecież taki FB podaje wszystkie wiadomości jak na tacy. Świeże fotki z imprezy, informacja, że dziecko powiedziało „Mamo”, że mąż wyjechał z domu, a żona tęskni. Przebiega się wzrokiem to tych komunikatach, gdzie niegdzie klika się „lubię to” i jesteśmy już po porannej wymianie zdań ze wszystkimi znajomymi (50, 100 czy 200).
Nie krytykuję, nie oceniam, sama tak robię.
Dzisiaj po porannej rozmowie z moimi znajomymi musiałam pójść na pocztę odebrać list polecony. Odstałam swoje w kolejce i w końcu otrzymałam grubiutki list.
– Aaa – przypomniało mi się – Magda obiecała, że prześle mi książkę Hellera „Nic śmiesznego”.
Rzeczywiście, klikałam z nią, chyba w zeszłym tygodniu na fejsie. Na pewno kilka dni temu. Zdążyłam zapomnieć.
Otworzyłam list, przejrzałam książkę, a na moje kolana spadł list. DOSTAŁAM LIST. Prawdziwy list. Trzy strony zapisane przez Magdę. Rany, jakie to przyjemne. Przeczytałam go kilkukrotnie i naszła mnie nostalgia. Kiedyś pisałam i dostawałam dużo listów. To była olbrzymia radość. Przy zaangażowaniu odbiorcy i bez zbędnej jego zwłoki, można było otrzymać odpowiedź mniej więcej po tygodniu. To czekanie. Ta radość na widok koperty. Ta radość z lektury.
Mail i list – to prawie to samo … ale prawie robi ogromną różnicę! Przynajmniej dla mnie. To tak, jakby porównać książkę i ebooka. Niby te same wyrazy, ale u mnie przy czytaniu pracują też inne zmysły …
P.S. Magdo – dziękuję bardzo!

6 myśli na temat “Mail czy list?”

  1. Czytając „do poduszki” ciągle częściej wybiera się wersje papierowe książek, zamiast ich elektronicznych odpowiedników, ale już np. pisząc analizę/opracowanie/pracę/artykuł/publikację/książkę (zbędne skreślić…) wymagającą wskazania precyzyjnych odniesień do sporej ilości tekstów źródłowych, to e-booki oraz elektroniczne wersje wszystkich potrzebnych dokumentów są nie do przecenienia…Z listami jest bardzo podobnie – gdy liczy się czas, to mail (jak nie SMS lub telefon, jeżeli czasu jest „na styk”…), ale jeżeli decydujące znaczenie ma mieć forma, to raczej nikt – chyba, gdyż pewności nie mam…;) – nie wyśle dwu zdaniowego maila „na odczepne”.Podsumowując – e-mail czy list, e-book czy książka papierowa? Cóż, wszystko zależy od konkretnej sytuacji, która – w praktyce – determinuje wybór środka komunikacji lub nośnik informacji.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: