Pionizacja

Pionizacja była celem mojej rehabilitacji. Zastanawiałam się nawet dlaczego spotkany przeze mnie GBSowiec także się rehabilituje, przecież on chodzi. Może nie najładniej, ale sam. Dopiero kiedy pionizacja się dokonała zrozumiałam, że to jest tylko kolejny etap rehabilitancji… Bałam się jej okropnie. Pielęgniarki nie raz straszyły mnie,że będzie to okropne bolesne, bo w mięściach zrobiły się przykurcze 😦 Ale może po kolei.

Już drugiego dnia mojego pobytu w ośrodku rehabilitacyjnym na popołudniowych zajęciach Babochłop wraz z pomocą innego rehabilitanta przesadzili mnie na taki zabawny stół. Przypieli taśmami prawie jak Hanibala 🙂 a stół zaczął stopniowo zmieniać swoje położenie. A ja czułam że się pionizuję.  Zatrzymali w pozycji pośredniej, jeszcze nie pionowo ale już nie poziomo. W końcu dostałam do ręki pilota i mogłam sama ustawić sobie odpowiednią pozycję. Ale był czad. Niby takie proste a doznania prawie jak na kolejce górskiej 😉 W końcu po półtora miesiąca jestem w pozycji pionowej – bo oczywiście od razu ustawiłam się całkiem pionowo. A co trzeba stawiać sobie poprzeczkę wysoko!

Po chwili przybiegł do mnie rehabilitant – Nie szalej! – mówi, może trochę łagodniej? bo jesteś już sina na buzi?

Ha 🙂 to ze szczęścia. Ale fakt był to ogromny wysiłek dla organizmu. Gdyby nie fakt, że byłam przypięta taśmą do stołu na wysokości piersi i kolan to bym spadła:) Kolana wtedy jeszcze nie potrafiły zablować się w pozycji rozprostowanej.

Po ćwiczenia dumnie dzwoniłam do mojego Misiaczka zameldować mu o moich postępach 🙂 Miło było dzwonić do niego i chwalić się coraz to nowszymi osiągnięciami. Fakt. Ale jeszcze milej było pokonywać siebie i walczyć z własnymi ograniczeniami. Hm, przypominało mi się wtedy dzieciństwo. Bawiłam się wtedy często w taką zabawę: Trwa maraton, wygrywa ten kto będzie tańczył najdłużej. A ja tańczę i tańczę aż na prawdę padam ze zmęczenia. Zadowolona, że inne wymyślone przeze mnie osoby odpadły a ja dałam radę 🙂

Następny dzień ćwiczeń. Zauważałam z zazdrością, że inne osoby na wózkach inwalidzkich podjeżdzają do drabinek i trzymając się szczebelków wstają. O rany. Super! Ja też tak chcę. Jezu, to byłoby coś. Stać na własnych nogach. Jadę do rehabilitanki i proszę ją by pomogła mi przy takich ćwiczeniach. „oki, ale może po południu, bo ja jestem teraz sama na sali, a muszę mieć kogoś do pomocy”-odpowiedziała rehabilitantka. Kurcze, ja wszystko rozumiem, ale co to ma być? rehabilitacja? czy kolonie dla dzieci. Czy tylko mi zależy na rehabilitacji? Przecież im szybciej wstanę tym szybciej pójdę do domu i zrobię miejsce następnej osobie. UUU, ale przecież rehabilitantowi w państwowym ośrodku nie zależy na rehabilitacji, tylko na odbębnieniu godzin pracy i tyle. Tak jak wiem, że nie wszystkim się chce rehabilitować, ale takie podejście rehabilitanta może załamać osobę chorą, może ona stracić chęci. Mnie to wkurzyło maksymalnie i zmotywowało do tego, by jeszcze bardziej się starać i jeszcze więcej pracować, by wyjść z ośrodka jak najszybciej! Nie nawidzę prosić się nikogo o nic. Ale tym razem nie odpuszczę.

Po południu znowu przypomniałam o sobie! I dwie osoby wzięły mnie za pas, raz, dwa trzy i stoję przy drabince. Chwila wysiłku osób podnoszących mnie, a dla mnie ogromny sukces, boskie uczucie. Co prawda przy kolanach mam poduszkę, bo nadal się nie blokują, ale stoję !!!!!!!!! hurra. I nawet nic mnie nie boli. Będzie dobrze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: