Rehabilitacja? Prima aprilis ;)

W końcu nadszedł ten dzień. Dzień na który długo czekałam. Początek intensywnej rehabilitacji. Ośrodek rehabilitacyjny. Perspektywy były radosne. Do ośrodka wjeżdzam na wózku – z ośrodka wyjdę już o własnych siłach (turnus trwa 6 tygodni – może uda mi się zrobić to szybciej? powiedzmy w cztery? myślę sobie). Z ośrodka można było wyjść na przepustkę na sobotę lub niedzielę do domku. Przyjechałam do ośrodka o godz. 9.00. Najpierw rozmawiałam z pielęgniarkami, zostałam zakwaterowana w pokoju. Czekałam na lekarza, który miał przyjść mnie zbadać i ustalić jakie ćwiczenia i jakie zabiegi mi przepisać. Lekarka przyszła przed 14. Zapisała ćwiczenia, dała kartę (taki jakby dzienniczek ucznia 🙂 w którym odnotowywano czy byłam na każdym zaleconym zabiegu). Okazało się, że ćwiczenia zaczynam dopiero dnia następnego o 8 rano. Znowu zmiana miejsca, łóżka, środowiska – dla mnie to masakra na calej linii. Mimo, że pokój nie wygląda bardzo szpitalnie. Mimo, że pielęgniarki są miłe – kurcze nie przyzwyczaiłam się do sytuacji, gdy pielęgniarka traktuje mnie jak człowieka, a nie przykry obowiązek. Wszystko super, pokój dwuosobowy… tylko sąsiadka …. Na pocieszenie pielęgniarki mówią mi, że za tydzień Panią wypisują i przyjdzie ktoś nowy.

Sąsiadka też jest zmotoryzowana. Byłaby może nawet fajna, ale niestety nie ma kontaktu z rzeczywistością. Nie można z nią rozmawiać. Albo nic nie mówi, albo zapętla się i mówi ciągle o tym samym, jedynie za każdym razem modyfikując swoją historię 🙂 I tak np. opowieść, że jej wnuk był na slubie, na którym była fontanna z czekolady po kilku godzinach urosła do olbrzymich rozmiarów – „Ach proszę Pani, co to był za ślub. Syn mówił, że piekny kościół, a w kościele jedna ściana była z czekolady…”

No cóż. Zamknęłam się więc w sobie i zaczęłam nadrabiać zaległości w czytaniu. Na szczęście gdy doszłam do lektury „Jasne, błękitne okna” zmieniła się współlokatorka. Inaczej wpadłabym chyba w depresję (moje samopoczucie+dramat w książce).

Sąsiadka na początku budziła we mnie współczucie, potem gniew i to duży. Zwłaszcza, że kilka razy dziennie odzywała się do mnie „Czy może mi Pani podać coś tam, albo czy może Pani podlać te kwiatki?” A ja jej starałam się najuprzejmniej jak umiem tlumaczyć ” Nie mogę. Niestety też jeżdzę na wózku. Mogę zawołać jedynie pielęgniarkę.” „Pani jeżdzi na wózku? Przecież Pani jest taka młoda?” mówiła zawsze. Cholera jasna. Ja tu się staram wyluzować i zapomnieć o swojej niemocy a ona w kółko to samo – pani taka młoda, a co się stało? Ech.

Ale co tam. Przyjechałam tu intensywnie ćwiczyć. Pielęgniarka zawozi mnie na pierwsze ćwiczenia. Tzw. Bloczki. Kolejka przed salą gimnastyczną. Wybija 8.00 wszyscy wjeżdzamy do sali. Ludzie rozchodzą się do sprzętów. Prawie każdy wie co ma robić. Widać tylko ja jestem tu nowa. Podchodzi do mnie rehebilitantka – Babochłop – prosi mnie o kartę i pyta się a Pani co ćwiczy? No kurcze. Jakbym wiedziała co ćwiczyć, to mogłabym sobie mieszkać u siebie w domu i tam ćwiczyć, a nie męczyć się w tym średnio przyjaznym miejscu.

Babochłop podwiesiła moje ręce na wyciągu i machałam nimi, wkurzając się. Bo jak ja mam szybko stanąć na nogi, jeśli ćwiczę ręce?

Minęło 45 minut ćwiczeń. Jadę odpocząć do pokoju. Potem jadę na świetlicę, na ćwiczenia indywidualne. Na indywidualnych na pewno dadzą mi wycisk. Taaaa, na pewno 😉

Jeden komentarz na temat “Rehabilitacja? Prima aprilis ;)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: