Koniec sezonu pierwszego

Chciałabym dziś zamknąć temat wegetacji w szpitalu. Na szczęście z dnia na dzień pamiętam coraz mniej. Niepamięci cud niech się święci.

Wykorzystując analityczne możliwości mojego najbardziej seksownego narządu pokuszę się o małe podsumowanie.

1. Największy pozytyw tamtejszej sytuacji – moje stosunki z psiapsiółą wróciły do miejsca, w którym powinny być zawsze. Mimo, że znamy się tyle lat, nigdy w życiu nie oczekiwałabym, ba, nawet nie prosiłabym jej o to co robiła dla mnie w szpitalu. Tak poprostu, bez okazywania wysiłku ( a nie było jej łatwo) była ze mną, traktowała zupełnie normalnie, nie okazywała słabości, zwątpienia czy będzie dobrze. Nie było to łatwe, bo gdy przyszła do mnie inna kumpela, to najzwyczajniej w świecie po prostu się popłakała. A psiapsióła jest dzielna całe życie i czas spędzony z nią w szpitalu bardzo mi pomógł. Dzięki Gosiaczku, nigdy Ci tego nie zapomnę.

2. Największe szczęście – że mój kochany Misiaczek się nie załamał, bo w końcu wszystko nagle spadło mu na głowę, a to zazwyczaj ja jestem od tych tysiaca małych spraw. Że był przy mnie. Wiem, że nie musiał. Ale gdyby go przy mnie nie było, to nie poradziłabym sobie z GBSem tak dobrze, zwłaszcza w okresie rehabilitacji. Były chwile kiedy ciężar go przygniatał. Z przerażeniem przyjął informację, że wypuszczają mnie do domu. A ja nadal kiepsko siedzę, dwie osoby musza mnie przesadzać z łóżka na wózek. Wkurzałam się wtedy. Ale ktoś mi uświadomił, że nie ma ludzi idelanych. Misiaczek jest wrażliwy. Szczery i otwarty. Czasem bezradny. Dlatego tak zareagował. Ale gdyby był twardy i zimny, to pewnie nie bywał by u mnie codziennie, bo nie rozumiałby że potrzebuję jego bliskości. Dziękuję Kochanie.

3. Największe rozczarowanie – zachowanie jednego z moich pracowników. Osoba, która była traktowana prawie jak przyjaciel rodziny zachowała się jak szczur uciekający z tonącego okrętu.

4. Największa załamka – kiedy po tygodniach ćwiczeń w końcu posadzono mnie na wózek i zawieziono do sali ćwiczeń. Zaparkowano mnie przed lustrem. Miałam wykonywać jakieś proste ćwiczenia rękoma. Coś w stylu piłka w jednej ręce przekladana jest do drugiej ręki. Nie dość, że wyglądałam tragicznie (jednak kilka tygodni w Spa byłoby lepszym odpoczynkiem niż neurologia), powieka opadnięta do połowy, to ręce poruszały się jak u paralityka. Masakra. Poczułam wtedy, że moi bliskim też musi być trudno oglądać mnie w takim stanie. I oczywiście nie ze względu na brak makijażu i fryzury 😉

5. Największa trudność w pojęciu – jak jeden facet, który jeżdzi na wózku bo ma złamany kręgosłup od lat, nie mający szans na powrót do pionowej postawy może jeżdzić tak ciągle uśmiechnięty na wózku. przecież wózek to wyrok. Koniec życia. Zrozumiałam go dopiero później, w ośrodku rehabilitacyjnym 🙂 Ważna jest akceptacja siebie, czy masz wóżek czy nie. Życie nie ma sensu jeśli człowiekowi jest żle ze sobą samym – a to nie jest uzależnionego od środka lokomocji 🙂

6. Największa porażka – Miałam kiepską noc. Sąsiad obok mnie awanturował się. Nie wytrzymam już dłużej z tymi czubkami wokół mnie. Jadę na salę rehabilitacyjną. Znowu jakieś trudne ćwiczenia. Czuję, że tak jak zawsze stawiam sobie wyżej poprzeczkę niż trzeba, tak dziś chce mi się plakać, bo z trudem wykonuję to co mi zadano. Powstrzymuję łzy. No bo przecież się nie rozbeczę 🙂 Ok. Na koniec ćwiczymy stabilizację. Rehabilitantka mnie sadza. Siedzę. Super. I teraz rehabilitantka z tyłu, a studentka z przodu popychają mnie we wszystkich kierunkach. Moim zadaniem jest jedynie siedzieć, trzymać równowagę. Jedynie. Ale tylko GBSowcy wiedzą jakie jest to trudne. Lekkie popchnięcie a mi kręgosłup zwija się i plecy lecą. Jestem wściekła, że nie mogę zapanować nad ciałem. łzy napływają mi do oczu. Staram się powstrzymać. Przecież jestem twarda, nie płączę przy obcych, a tam rehabilitanci, studenci. Nie! nie ! Płaczę. Narazie nikt nie widzi. Nadal mnie popychają. Normalnie czuję się okropnie. W końcu kręgosłup puszcza, studentka widzi że płaczę. rehabilitantka chyba po raz pierwszy chwali mnie. Podnosi na duchu.

Te ćwiczenie pozostawiło we mnie ogromną agresję, którą budzi popychanie. Gdy w ośrodku rehabilitacyjnym ćwiczymy to samo, ale na stojąco (ja się cieszę ze stoje, ale lekkie pchnięcia sprawiają, ze tracę równowagę) przypominam sobie tamto rozklejenie i mam ochotę walnąć rehabilitanta, zrobić mu awanturę i pójść do domu. Ale zapewnie przybieram minę killera i staram się przebrnąć przez te cholerne ćwiczenia.

7. Największa radość – Mnóstwo radości i energii dała mi wizyta w szpitalu po rehabilitacji. Poszłam pokazałam się, że jestem twarda i szybko osiągnęłam sukces. Że normalnie nie jestem taka zaryczana, niepewna, i wiotka 🙂 Wręcz powiedziałabym sztywniara 😉

8. Przez ponad 5 tygodni nie widzialam mojego maleństwa. Pierwsze spotkanie w szpitalnym holu bylo trudne. Nie byłam w stanie przytulić jej z całych sił, gdy siedziała mi na kolanach, mięsnie bolały niesamowicie. To był pierwszy, ale niestety nie ostatni 😦 raz kiedy pomyślałam sobie, że w tym stanie nie jestem dobrą mamą i muszę pracować jeszcze ciężej i ciężej ….

 

Dobra koniec podsumowań, koniec wzruszeń. Taki masakryczny okres w moim życiu ale parę pozytywów się znalazło. Ale w końcu jestem optymistką znajdę pozytywy we wszystkim 🙂

Jeden komentarz na temat “Koniec sezonu pierwszego”

  1. Przyznam sie szczerze ze sie poryczalam… Przezywalam to samo a swojego malenstwa nie widzialam bardzo dlugi czas (5, 7, 6 tygodni w odstepach”) Czułam to samo co Ty że sie nie nadaje że kiepska ze mnie mama, a co dopiero mówic zona…Teraz jestem już prawie w pelni sprawna… w szpitalu jeszcze nie bylam bo jakos moich lekarzy nie ma i nie mam sie komu chwalic…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: